Gubiński Dom Kultury
TEATR NA "SCENIE"
Gubiński Dom Kultury
BÓG MORDU
„Nic wielkiego: wybity ząb, bójka w parku, trochę krwi. Chłopięce czasy mają swoje prawa. Problem zaczyna się wtedy, gdy do gry wchodzą rodzice”.
„Bóg mordu” to spektakl, który od pierwszych minut przyciągał uwagę prostotą sytuacji, by po chwili wciągnąć widza w wir emocji, napięć i nieoczekiwanych zwrotów. Punktem wyjścia było niewinne spotkanie dwóch par małżeńskich, które pragną w sposób cywilizowany i spokojny wyjaśnić incydent między swoimi dziećmi. To, co miało być jedynie formalnym spisaniem oświadczenia, stopniowo przemieniło się w niebezpieczny pojedynek charakterów, w którym pękają maski kultury, a z każdej postaci zaczyna wyzierać prawdziwa, często niechlubna natura człowieka.
Yasmina Reza z chirurgiczną precyzją obnaża pozory, na jakich opiera się współczesna grzeczność i towarzyska ogłada. Z każdą wymianą zdań emocje narastają — uprzejme gesty zamieniają się w złośliwości, a te w otwarte ataki. Reza pokazuje, że granica między kulturalną rozmową a emocjonalnym wybuchem jest niezwykle cienka, a pod płaszczykiem elegancji czai się chaos, agresja i egoizm. Bohaterowie, początkowo pełni dobrych intencji, w miarę rozwoju akcji coraz bardziej odsłaniają swoje słabości, frustracje i hipokryzję.
Spektakl nie dawał łatwych odpowiedzi. Zmuszał do zastanowienia się, kim naprawdę jesteśmy, gdy nikt nie patrzy, i jak szybko możemy przeistoczyć się z racjonalnych, kulturalnych obywateli w ludzi kierujących się instynktem, gniewem i chęcią dominacji. To słodko-gorzka bomba emocjonalna, w której śmiech mieszał się z niepokojem, a zabawa z głębokim moralnym przesłaniem.
Nie bez powodu „Bóg mordu” odniósł światowy sukces i doczekał się adaptacji filmowej Romana Polańskiego pod tytułem Rzeź. W obu przypadkach to ten sam, doskonale rozpisany dramat międzyludzkich napięć – inteligentny, aktualny i boleśnie prawdziwy.
„Bóg mordu” Yasminy Rezy to spektakl, który bawi, ale też prowokuje do myślenia. To teatr, w którym widz – nawet niechcący – odnajduje cząstkę siebie. Bo każdy z nas nosi w sobie tego małego „boga mordu” – ukrytego pod warstwą grzeczności i uśmiechu, czekającego na moment, by się ujawnić.
Reżyseria Lecha Mackiewicza okazała się jednym z najmocniejszych filarów spektaklu. Reżyser z niezwykłą precyzją prowadził aktorów przez misternie skonstruowaną strukturę dialogów, dbając o to, by każda emocja wybrzmiała w pełni, lecz nigdy nie była przesadzona. Jego interpretacja tekstu Yasminy Rezy wydobywała ukryte napięcia – te, które czają się pod powierzchnią uprzejmych gestów – i nadawała im teatralny puls. Rytm scen, stopniowanie napięcia i subtelne przesunięcia akcentów sprawiły, że spektakl narastał jak dobrze skomponowana symfonia: od spokojnego preludium po gwałtowne, pełne ironii i goryczy crescendo.
Lech Mackiewicz pozwolił aktorom na swobodę, ale jednocześnie trzymał rękę na najważniejszych liniach interpretacyjnych. Dzięki temu każdy z bohaterów miał własną, wyrazistą trajektorię emocjonalną, a dynamika pomiędzy postaciami zmieniała się jak w kalejdoskopie. Reżyser umiejętnie operował pauzą, spojrzeniem, drobnym gestem — tym, co w tym tekście ma niekiedy większą siłę niż najbardziej błyskotliwe zdanie. To reżyseria, która nie dominuje nad tekstem, lecz wydobywa jego głębię.
Gra aktorska stanowiła tu prawdziwy popis zespołowego wyczucia i perfekcyjnego balansu pomiędzy komedią a dramatem.
Alicja Stasiewicz (Aneta Reling) zbudowała postać emocjonalnie intensywną, targaną sprzecznymi impulsami – jej przejścia od uprzejmości do histerycznego wybuchu były nie tylko przekonujące, ale i boleśnie ludzkie. Świetnie też uchwyciła chaos kobiety, która próbuje bronić zasad, choć sama w nie coraz mniej wierzy.
Marta Frąckowiak (Weronika Huler) z niezwykłą subtelnością pokazała narastającą frustrację i rozpad fasady spokojnej, ułożonej żony. Jej gra była pełna drobnych, inteligentnych niuansów – od nerwowego uśmiechu po zmęczone, ciężkie spojrzenie. W tej postaci to, co najbardziej komiczne, często stawało się jednocześnie najbardziej tragiczne.
Ernest Nita (Robert Huler) imponował naturalnością i sceniczną pewnością. Jego bohater, choć początkowo zdystansowany i rzeczowy, stopniowo odsłaniał swoje prawdziwe oblicze człowieka nękanego gniewem, irracjonalnością i autoironią. Ernest Nita nadawał każdej linijce lekkość i celność, dzięki czemu napięcia rozgrywały się bez sztuczności.
Radek Walenda (Alan Reling) był świetnym kontrapunktem dla pozostałych postaci. Jego opanowanie, prawie chłodna logika i pewność siebie okazywały się maską, która zsuwa się z każdym kolejnym zdaniem. Aktor doskonale oddał dynamikę człowieka, który za wszelką cenę stara się utrzymać kontrolę — nad rozmową, rodziną, rzeczywistością — po to tylko, by ostatecznie ją stracić.
s.
Za scenografię i oprawę artystyczną odpowiadał zespół Teatru „Na Scenie” GDK, który od lat z pasją tworzy spektakle doceniane przez gubińską publiczność…
Radosław Walenda – Alan Reling
Clafoutis…! – Ola Rodak